A ja nie kibicuję Mandarynie i Wiśniewskiemu!
Mam wrażenie, że cała Polska żyje teraz jednym tematem - powrotem Mandaryny i Michała Wiśniewskiego. Internet aż huczy od komentarzy, a wielu osobom ta historia przypomina początki lat 2000. Można odnieść wrażenie, jakby czas się cofnął i znów wszyscy emocjonowali się ich relacją.
I chyba najbardziej zaskakują mnie komentarze pod ich zdjęciami i wywiadami. „Stara miłość nie rdzewieje”, „Tylko wy do siebie pasowaliście”, „Kibicuję wam”, „W końcu jesteście razem”. I co ciekawe - bardzo często piszą to... kobiety.
Wiecie co? Gdyby oboje byli singlami albo mieli już dawno zamknięte poprzednie relacje, pewnie sama pomyślałabym: „No proszę, życie naprawdę pisze niesamowite scenariusze”. Takie historie rzeczywiście potrafią być piękne.
Ale teraz czytam te komentarze i zastanawiam się, czy komentujące osoby naprawdę postawiły się choć na chwilę w sytuacji obecnej - właściwie jeszcze formalnie - żony Michała Wiśniewskiego. Przecież on nawet nie zakończył jeszcze swojego poprzedniego małżeństwa.
Wyobraź sobie, że jesteś żoną. Budujesz z kimś życie, dzielisz codzienność, próbujesz stworzyć rodzinę. A później okazuje się, że twój mąż przez cały ten czas emocjonalnie tkwi przy swojej byłej partnerce. Że wspomina, porównuje, wraca myślami do poprzedniego związku i tak naprawdę nigdy go nie zamknął.
Jak byś się z tym czuła?
Bo ja nie potrafię patrzeć na takie sytuacje tylko przez pryzmat sympatii do jednej czy drugiej osoby. Patrzę też oczami tej kobiety, która jest obok. Tej, która weszła w związek z przekonaniem, że jest tu i teraz, a nie tylko dodatkiem do czyjejś przeszłości.
I naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, jaka była Pola. Mogła mieć swoje wady. Mogła popełniać błędy. Tak jak każdy z nas. Ale to nie zmienia faktu, że jeśli decydujesz się wejść w kolejny związek, to ta osoba zasługuje na pełne zaangażowanie. Na poczucie, że jest tą najważniejszą, a nie kimś, kto zawsze będzie żył w cieniu poprzedniej miłości.
Mam wrażenie, że często romantyzujemy historie o "miłości życia", która nigdy nie mija. Brzmi to pięknie w filmach, ale w prawdziwym życiu po drugiej stronie stoi człowiek z uczuciami. Człowiek, który może każdego dnia zastanawiać się, czy jest kochany za to, kim jest, czy tylko dlatego, że nie udało się odzyskać kogoś z przeszłości.
Dlatego nie kibicuję tej historii. Nie dlatego, że nie lubię Mandaryny (wręcz przeciwnie, po Azji Express zdobyła moją sympatię). Nie dlatego też, że uważam kogokolwiek za winnego. Po prostu uważam, że kiedy zaczynasz nowe życie z drugą osobą, powinieneś być z nią całym sobą. A nie jedną nogą w teraźniejszości, a drugą w przeszłości.
Nikt przecież nie zmusza do wchodzenia w kolejny związek. Jeśli nie potrafisz zamknąć poprzedniego rozdziału i wiesz, że wciąż kochasz kogoś innego, to spróbuj zawalczyć o tę relację albo po prostu daj sobie czas. Nie trzeba brać ślubu z kimś tylko dlatego, że ta osoba pojawiła się w odpowiednim momencie, ale po cichu nadal liczyć na powrót ex. A jeśli już masz nową żonę to nie mów, że "nie udało mi się uratować małżeństwa", gdy w tym czasie odbudowujesz więź z poprzednią.
Bo chyba żadna z nas nie chciałaby być tą kobietą, która przez lata czuje, że w sercu swojego męża zawsze zajmuje drugie miejsce.

Komentarze
Prześlij komentarz
Jestem wdzięczna za każdy pozostawiony komentarz - to niezwykle motywuje do dalszego pisania!